z

Wrocław

"Złamana noga zmieniła moje życie" - drugi odcinek naszego cyklu o Was

30.12.2014

"Złamana noga zmieniła moje życie" - drugi odcinek naszego cyklu o Was

Śnieżny wieczór. Połowa lutego 2013. Śliski chodnik. Chwila nieuwagi. Tego dnia pechowy upadek doprowadził do złamania nogi...

Diagnoza - przerwanie ciągłości kości strzałkowej z niewielkim przemieszczeniem - brzmiała dość nieciekawie. Na tamten moment groziła mi nawet operacja zespolenia kości. Noga została jednak  „tylko”  unieruchomiona na 7 tygodni. Leżenie przez tak długi czas w gipsie to nie jest coś co warto opisywać, lub chociaż pamiętać. Człowiek pozbawiony możliwości aktywności fizycznej z dnia na dzień patrzy jak przybiera na wadze. Sam nie wiem w którym dokładnie momencie pomyślałem o regularnym bieganiu. Dotychczas zdarzało mi się truchtać po kilka kilometrów, ale były to co najwyżej krótkie kilkutygodniowe epizody – później wygrywał brak konsekwencji. Teraz jednak miałem konkretny cel – pozbycie się nadwagi.

Dochodzenie do zdrowia

Na ten kwietniowy dość chłodny, ale słoneczny poranek czekałem od bardzo dawna. Zdjąłem nareszcie gips z nogi. Słowo „zdjąłem” nie jest tu żadnym skrótem myślowym. Tego dnia ortopeda,  nie miał czasu, gdyż zajmował się jakimś trudnym przypadkiem. Z lekkim przymrużeniem oka powiedziałem lekarzowi, że skoro pracuję w służbie zdrowia to sam zdemontuję sobie ten gips. Nie mogłem uwierzyć, gdy zaprowadził mnie do tzw gipsowni i udostępnił wszystkie narzędzia. Zacząłem więc zabawę. W międzyczasie do gipsowni weszła pielęgniarka, która  trochę się wystraszyła widząc jak pacjent sam sobie gips pruje. Widok jej przerażonej twarzy – bezcenny. Kilka minut i było po wszystkim – gips wylądował na podłodze.

A w zasadzie wszystko dopiero się zaczynało. Wiecie jak wygląda podudzie po 7 tygodniowym zagipsowaniu? Popatrzcie na swoją rękę od łokcia do nadgarstka i wyobraźcie sobie, że tak  wygląda wasza noga. Moja była właśnie tak chuda (za wyjątkiem miejsca złamania, które nadal było spuchnięte). Zapytałem lekarza kiedy będę mógł zacząć biegać. Jego mina wyrażała co najmniej zdziwienie takim pytaniem. Nie jestem pewien, czy nie wspomniał wówczas coś o przyszłym roku.

Wróciłem do domu.  Parę tygodni upłynęło mi na doprowadzeniu nogi do stanu używalności. Staw skokowy po tak długim unieruchomieniu był jak z kamienia. Każdego dnia dzięki ćwiczeniom udawało mi się mozolnie odzyskiwać po milimetrze tkankę mięśniową i ruchomość w kostce.  W tym samym czasie zacząłem prowadzić też bloga.

Pierwszy bieg

Około miesiąca od wizyty w gipsowni podjąłem decyzję – jutro idę biegać.

Tuż po zmroku po raz pierwszy od dawna założyłem dres i wyszedłem przed blok. Parę głębokich wdechów, ciepłego wiosennego powietrza i startuję. Początek dystansu poświęciłem na wyczucie nogi - byłem przygotowany do natychmiastowego przerwania biegu, gdybym tylko poczuł jakiś niepokojący ból w okolicy złamania. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Jedynie ciągły tępy ucisk wciąż spuchniętej kostki. I te dziwne uczucie, jakby człowiek robił coś po raz pierwszy i choć było to niezdarne to daje niesamowitą satysfakcję. Może coś takiego właśnie czuje dziecko stawiające pierwsze samodzielne kroki? W każdym razie cieszyłem się jak te dziecko pokonując tego dnia całe 2,5 kilometra. Nawet to, że dwie starsze kobiety trenujące Nordic Walking wyprzedziły mnie w pewnym momencie nie miało znaczenia. Wracam do domu – noga boli jak diabli, ale to mnie nie zniechęca – za dwa dni biegnę znowu. Z czasem dystans stawał się coraz dłuższy, a ból malał. Zupełnie nie pamiętam, kiedy bieganie stało się czymś więcej niż tylko sposobem na zrzucenie wagi.

CITY TRAIL w Lublinie

Pierwsze zawody

Z końcem czerwca postanowiłem wystartować w pierwszych zawodach. W Lubartowie - mieście z którego pochodzę organizowany był bieg charytatywny na 10 km dla chłopca chorego na białaczkę.

Jak łatwo się domyślić po tak krótkim przygotowaniu na metę dotarłem w końcówce stawki. Było to jednak coś czego nigdy dotąd nie przeżyłem. Ostatnia prosta, płuca nie nadążają łapać powietrza, pot leje się po oczach, a kibice biją mi gromkie brawa. Wśród nich kątem oka dostrzegam kilkoro znajomych. Wpadam na metę, odbieram medal i zmęczony kładę się na trawniku. Leżę i mam ochotę rozpłakać się z radości. W jednej chwili przypominałem sobie złamaną nogę, pierwsze kulawe kroki, pierwsze bolesne treningi i to wszystko zaledwie parę miesięcy wcześniej. A dziś? Dziś jestem na mecie biegu na 10 km i wiem, że wygrałem. Może nie z tymi 165 osobami które dobiegły przede mną, ale z kontuzją i ze swoimi słabościami. Wiem, że chcę nadal delektować się radością pokonywania kolejnych granic swoich możliwości, wytyczać nowe cele i dążyć do nich z zaciśniętymi zębami.

Teraz będzie już tylko... ciężej

W sierpniu 2013 pokonuję swój pierwszy półmaraton. Tym razem jestem już jednak dobrze przygotowany. Teoretyczne porady z książki Jerzego Skarżyńskiego i regularne bieganie wsparte planem treningowym znalezionym w internecie sprawiają, że na mecie pojawiam się w czasie poniżej 2 godzin.

Niezależnie od pogody trenuję całą jesień i zimę. Kosztuje mnie to parę infekcji i dwa bolesne upadki. Bezkompromisowe dążenie do celu sprawia, że 9 maja 2014 – niemal dokładnie rok od pierwszego bolesnego treningu melduję się na mecie morderczego, pełnego podbiegów 2. Maratonu Lubelskiego z czasem 4:36. Eksplozja radości, wzruszenie i te wspaniałe poczucie, które niestety towarzyszy nam zbyt rzadko: nie ma rzeczy niemożliwych.

Maraton Lubelski

Śnieżny wieczór. Połowa lutego 2013. Śliski chodnik. Chwila nieuwagi. Tego dnia, upadek zmienił moje życie.

Jeśli i Ty chcesz napisać o swoim bieganiu - śmiało! Czekamy: media@citytrail.pl :)

Sponsor tytularny

Partnerzy generalni